Soliloquium



Jadę, jadę w świat sankami

Nie ma sensu pisać o tym jak to przyjemnie było spędzić cztery godziny w podróży przez zaspy śnieżne, ani o tym co się po drodze widziało. Każdy, kto był na dworze przeżył to samo a limit przekleństw został na dziś wyczerpany, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. Dość, że Młody musiał pogodzić się, że nie udało mi się do niego dotrzeć. Musiał, ale czy pogodził, to nie wiem, bo nie mogłam się do niego dodzwonić po tym jak rzucił słuchawką. Cóż, człowiek od małego powinien uczyć się, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli i są rzeczy na które nie mamy wpływu. Zamek stoi, rycerze pewnie też w pogotowiu, miała być kampania wojenna, ale spadł śnieg i trzeba będzie przesunąć moment ataku. Tak się czasem zdarza i Młody powinien to zrozumieć.
Ha! Pięknie, nie moge wyjść z podziwu jakim jestem świetnym teoretykiem, aż truno uwierzyć, że to ta sama ja, która nie je i nie śpi na samą myśl o porażce. Czasem dochodzę do wniosku, że zbyt wiele rzeczy mi się udało. Za mało razy leżałam na deskach, za mało razy poczułam glebę, żebym mogła się uodpornić. Ale w teorii jestem zaiste bezbłędna - zawsze gdy uczyłam kogoś jeździć na łyżwach, najpierw go podcinałam, żeby wywinął kozła i przekonał się, że lód nie jest taki straszny a upadek nie boli aż tak bardzo. Może za dużo od siebie wymagam, by móc to przełożyć na poważniejsze sprawy? Nie tyle boję się przegranej, co po prostu nie biorę jej pod uwagę, bo przecież jeśli zrobi się wszystko, co możliwe, to nie ma opcji żeby...
A jednak! To dzisiejsze zamieszanie ze śniegiem dało mi do myślenia. Czy nie jest tak, że człowiek staje się coraz potężniejszy, coraz więcej od niego zależy i jest w jego mocy? I czy nie jest oczywistym, że oprócz korzyści jaką niesie taka własza, coraz większa spoczywa na nim odpowiedzialność? Albo on sam do tej odpowiedzialności się pociąga. Kto jest winien tego, że spędziłam dzisiaj cztery klaustrofobiczne godziny w blaszanej puszce, poruszając się 20km/h? Drogowcy, ci którzy nie zmienili opon, drogowcy, władze miasta, drogowcy, ci którym zabrakło benzyny, drogowcy, ci którzy nie zrobili przeglądu, drogowcy, ci któzy jechali za szybko i bezmyślnie, drogowcy, drogowcy, drogowcy... A gdyby z powodu mrozu padła sieć bankowa i popierniczyłoby się ze stanami kont, to kto byłby winien? Twórcy, konserwatorzy, administratorzy? Dlaczego zawsze ostatnią rzeczą jaka przychodzi mi do głowy jest myśl, że może nikt nie jest winien i że to: po prostu ŚNIEG; Bóg tak chciał; tak miało być; nie mamy na to wpływu (niepotrzebne skreślić). Dlaczego zawsze muszę zadręczać siebie i wszystkich wokół? No dobra, niech będzie nawet wszystkich wokół, ale skąd masochizm, bo on się zdarza i to wcale nie rzadko. A jest tym ostrzejszy im większe przekonanie, że może jednak by się udało, gdybym np. nie zrbiła czegoś, co spowodowało, że zrobiłam coś, co spowodowało, że stało się właśnie to.
Jeśli spojrzeć na to z perspektywy psychologicznej, możemy mówić o "wewnętrznym umiejscowieniu kontroli" (tzw. wewnętrzny LoC). Z terią tą można zapoznać się tutaj. Z grubsza chodzi o to, że niektórzy mają poczucie, że to co robią to ich zasługa/wina a inni, że to sprawka "siły wyższej" (Boga, przeznaczenia, losu). Ci pierwsi mają wewnętrzny, ci drudzy zewnętrzny LoC. Ponoć najlepiej jest mieć wewnętrzny LoC przy ocenie sukcesów, a zewnętrzny, porażek - wtedy człowiek jest najszczęśliwszy. Połowę mam zaliczoną.
Takie zimowe ślizganie się jest niezłym gruntem pod rozmyślania. I to nie tylko negatywne, bo oprócz pretensji towarzyszyło mi dziś jeszcze jedno uczucie. Poczucie swoistej wspólnoty z pozostałą częścią towarzyszy niedoli, zamkniętych w swoich blaszanych puszkach. I jeszcze to dziwne uczucie, kiedy człowiek próbuje się przed kogoś wcisnąć (chociaż słowo "wcisnąć" w takich warunkach jest chyba określeniem zbyt dynamicznym ) i po chwili grzęźnie w zaspie, a osoba, od której chciał być sprytniejszy, pomaga mu z tej zaspy się wydostać. To dziwne ukłucie, jak ono się nazywało?

Tagi: śnieg, samochód, rozmyślania, zaspy, loc
by soliloquium | 2010-11-30 03:53:23 | skomentuj! (0)

Kot i wróbel

Przy kontenerze na śmieci natykam się na kota. Dość popularny element miejskiego krajobrazu - zapchlony łazęga, który kiedyś może i był biały, ale teraz na pewno jest zakaźny. Członek bandy wylegującej się zwykle na maskach samochodów i wielce oburzonej, kiedy chce się odjechać. W końcu są u siebie, nie?

Kot jest w trakcie polowania - na ugiętych łapach, naprężony i nieruchomy, nie licząc hipnotyzującego machania ogonem. Gotowy do skoku. Kot czy wróbel – komu uda się tym razem? Poprzednim było 1:0 dla kota. Przykro mi na to wspomnienie, ale w tym układzie nie ma dobrych i złych,  jest tylko konflikt interesów. Nie znaczy to, że strony nie mają swoich zwolenników – przeciwnie, są ludzie, którzy ingerują w układ. Są i tacy, którzy czują się winni, gdy przypadkowo wtarabanią się między kota a wróbla. W końcu trzeba szanować naturalne prawo selekcji. W obu przypadkach isnieje jednak pewna specyficzna perspektywa. Perspektywa kogoś „ponad”, kogoś „poza”, kogoś kto tu decyduje, kto może zareagować lub nie i świadomie zmienić bieg zdarzeń.  Przyzwyczailiśmy się do niej, co?

A kim jesteśmy dla kota i wróbla? Zmienną zakłócającą. Hipopotamem, który wpada z pluskiem do bajora i płoszy czatujące na antylopy krokodyle (hipopotam, antylopa i krokodyl to chyba ten sam region?). Czymś po jednych pieniądzach z gradobiciem czy atakiem serca.

Czegokolwiek nie zrobię, nie będą tego rozpamiętywać czy uważać za niesprawiedliwość. Zresztą, co mnie to w ogóle obchodzi? Chcecie to się zjadajcie.


Tagi: kot, wróbel
by soliloquium | 2010-05-19 00:24:56 | skomentuj! (0)

Do góry jedzie?

„Przed wejściem do windy, sprawdzić czy za drzwiami jest kabina”.

Taki napis przywitał mnie dziś przed podróżą na 6. piętro. Istnieje zatem wariant, że za drzwiami kabiny nie będzie? Ekscytujące.

Przed oczami staje mi scena z horroru: za drzwiami liny nośne bezwładnie bijają się o ściany szybu; zjazd kamery w dół: na samym dnie leżą szczątki roztrzaskanej kabiny, spod których wystaje ludzka ręka… Aaa!...

Sytuacja raczej trudna do zaaranżowania w rzeczywistości – przynajmniej od jakiś 157 lat. W roku 1853, na Wystawie światowej Elisha Graves Otis wjechał windą własnej konstrukcji na wysokość 10 metrów i odciął liny. „All safe” – powiedział, gdy winda zatrzymała się kilka centymetrów niżej. Otis zaprojektował specjalny układ zapadek na prowadnicach po obu stronach kabiny, które zaciskały się w przypadku zerwania lin. Od tej pory windy stały się bezpieczne i architekci mogli zacząć realizować marzenia o drapaniu chmur. Tak jest – bezpieczne. Chyba, że mamy do czynienia z windą produkcji własnej, ale za takie nikt nie może ręczyć.

Ze statystyk wynika, że więcej wypadków zdarza się na schodach. Można je podzielić na wypadki z przyczyn środowiskowych (zostawiony na stopniu samochodzik), zdrowotnych (noga w gipsie)  i behawioralnych („zjadę sobie po poręczy!”). W przypadku wind też oczywiście zdarzały się wypadki, nawet śmiertelne, ale w dalszym ciągu jest to jeden z najbezpieczniejszych środków transportu.

Ostrzeżenie ma jednak sens. Nawet jeśli system zamykania drzwi nie zawiedzie, to zawieść mogą lokatorzy, którym często nie brakuje fantazji. Jasne – każdemu się pewnie zdarzyło tupnąć za głośno, podskoczyć w windzie lub dla hecy zablokować ją między piętrami (tę ostatnią sztuczkę umożliwia nam zresztą udoskonalenie syna Elishy – Charlesa Otisa). Ale co to za radocha w porównaniu np. z jeżdżeniem na dachu kabiny? Warto zatem stosować się do ostrzeżeń, nawet - a może zwłaszcza - tych niepokojących, żeby nie przeczytać o sobie później w takim artykule.


Tagi: do góry jedzie? winda, przed wejściem
by soliloquium | 2010-05-05 00:56:19 | skomentuj! (2)

Muzyka terapia

 Każda aktywność może mieć niemiłe konsekwencje - nawet leżąc brzuchem do góry można np. dostać odleżyn na plecach. Muzyka nie stanowi wyjątku i również nie jest zajęciem do końca bezpiecznym.

Wspólnym problemem uprawiających muzykę, zwłaszcza głośną, wzmocnioną sygnałem elektrycznym, jest problem ze słuchem. To się oczywiście nie musi zdarzyć – większość wzmacniaczy ma pokrętło „volume” i warto z niego korzystać. Oprócz tego są stopery (nawet robione na zamówienie, pod kształt ucha, obcinające tylko niektóre częstotliwości), słuchawki wygłuszające i audiolodzy. Tak wygląda teoria. A praktyka? Dlaczego John Densmore (The Doors) już nie gra? Dlaczego tak długo nie słyszeliśmy pałowania Phila Collinsa (Genesis)? Jak się siedzi u źródła dźwięku i w ucho wpada 120 DB (próg bólu to jakieś 125-130 DB) to może się to źle skończyć. Nie mówiąc już o tym, że dźwięk może odbijać się od ścian i lądować prosto w kanale słuchowym ofiary (w ten sposób jeden basista stracił 65% możliwości swojego ucha). Wobec tak przeprowadzonego szturmu, stawiająca zwykle opór małżowina jest bezradna. To jednak nie koniec niemiłych niespodzianek. 

Oprócz uszkodzeń słuchu, są też dolegliwości związane z konkretnymi instrumentami: bóle pleców (np. gitara, saksofon, perkusja), rozedma płuc (niewłaściwe zadęcie), zmiany skórne (skrzypce), deformacje szczęki (instrumenty dęte), nagniotki (to już chyba wszystkie), zapalenie ścięgien, zwyrodnienie stawów i wiele innych dolegliwości, o których można przeczytać choćby tutaj. Dodajmy do tego jeszcze sceniczne wypuszczanie z siebie  zwierzaka (krew na desce, krew na naciągach) i apteki mają zarobek.

Nie można zapominać też o szkodliwym środowisku pracy niektórych muzyków (papierosy, alkohol, narkotyki, przypadkowy seks). Zdarzają się też wypadki losowe np. spadający z góry ekran projektora czy upadek ze sceny. Dwa lata temu Marek Jackowski (Maanam) spadł podczas koncertu z wysokości dwóch metrów. Miał złamane trzy żebra i pogruchotane stopy. Rehabilitacja trwała trzy miesiące (przedsiębiorcza Kora wykorzystała ten fakt, by usunąć go z zespołu).

Cierpią nie tylko muzycy - spływający pot niszczy lakier, drewno instrumentów, a podróże w tę i nazad też odciskają na nich swój ślad. Oczywiście są futerały i pokrowce, lecz zawsze może się zdarzyć, że np. ktoś komuś złamie gitarę (ale to naprawdę było niechcący!).

W przypadku gwiazd wielkiego formatu istnieje też zagrożenie ze strony fanów. Przypomnijmy sobie jednak Janusza Panasiewicza (Lady Pank) i jego trik z rzucaniem butelką w publikę, albo ostatni incydent Peji - tak, zagrożenie może być obustronne. Fani  nigdy nie mieli lekko – zgniatani, deptani świadkowie scenicznych ekscesów swoich idoli, z nagością włącznie (mowa oczywiście o pewnej grupie fanów, do której raczej nie zaliczają się melomani z Filharmonii).

I warto się tak męczyć? Tracić słuch, tracić zdrowie by być muzykiem, by być fanem, by zabawiać się częstotliwościami, które w końcu nie są nam niezbędne do życia. Trudno powiedzieć. Pójdę chyba przemyśleć ten problem przy jakiejś płycie.

 


Tagi: muzyka, fan, muzyk, dolegliwości muzyków
by soliloquium | 2010-05-03 17:35:35 | skomentuj! (4)

Podzień

Wyobraźmy sobie taką sytuację: ktoś przeżył właśnie najbardziej ekscytujące wydarzenie w swoim życiu. Spotkanie, koncert, skok spadochronowy lub cokolwiek innego, co na dwie godziny wstrząsnęło jego światem. Tak przynajmniej twierdzi, po czym wraca do domu i wrzuca na dysk twardy 350 zdjęć z tego wydarzenia. Co tak naprawdę przeżył? Prawdopodobnie było to najbardziej ekscytujące   f o t o g r a f o w a n i e   w jego życiu.

Wojciech Eichelberger porównał kiedyś robienie zdjęć do patrzenia we wsteczne lusterko podczas prowadzenia auta. Nie jestem wyznawczynią Eichelbergera, głównie dlatego, że zaniedbywał rodzinę i ma zapędy do zachowywania się jak guru (w czym przypomina trochę Andrzeja Samsona, którego bronił). Nie wiem też czy to przypadek, że na terapię chodziła do niego Kora Jackowska (której wydaje się, że wie wszystko na każdy temat) i wręcz zauroczona nim Małgorzata Foremniak (której wypowiedzi coraz bardziej przypominają cytaty z Paula Coehlo). Jego porównanie jednak wydaje mi się trafne.

Pomyślałam o tym w kontekście prowadzenia dziennika. Moja ostatnia próba opisania jednego dnia z życia, udowodniła mi, że - paradoksalnie - można się w ten sposób od niego oderwać. A może wcale nie paradoksalnie, bo trudno jest jednocześnie przeżywać i spisywać. To pewnie wspólny problem prowadzących dzienniki. U Leopolda Tyrmanda czytam:

„Jedząc, rozmawiając, dotykając Bognę, myślę spiesznie o tym,

czego nie wolno mi zgubić, co musi być ujęte i zapisane. Psychoza konfitur pchających się do słoja(…)”

Oczywiście, że zawsze dokonuje się selekcji, przyspiesza akcję, bo nie sposób opisać każdą nanosekundę. Nie wiem jednak czy autotematyczność, nurzanie się w swoich doświadczeniach i pisanie o tym wprost nie przynosi więcej szkody niż pożytku. Postaram się unikać tak bezpośredniej formy. Zacznę już od następnego wpisu.


Tagi: dziennik, tyrmand, eichelberger
by soliloquium | 2010-04-30 20:42:28 | skomentuj! (0)

Przeddzień

 

Jadąc samochodem z Johnnym, niezbyt wybredna od rana, nastawiłam radio. Bartosiewicz była niezłym tłem, dopóki nie przestaliśmy rozmawiać i nie trafiliśmy akurat na:

„O, nie, w ogóle nie czuję się winna.

Nie byłabym sobą, gdy byłabym inna”.

("Skłamałam")

Dzielenie z kimś śmiechu i wzruszeń jest ważne - ludzie są wtedy ze sobą naprawdę blisko. Tym razem był to śmiech.

- A już miałem powiedzieć delikatny komplement pod adresem pani Bartosiewicz – podsumował Johnny.

"Nie byłabym sobą!"

("Skłamałam")

Emfaza sugeruje, że właśnie tę myśl chciała przekazać.

"Nie była bym?"

("Skłamałam")

Rozważać teoretycznie można wszystko.

Byłam ciekawa, czy sama napisała ten tekst i z wywiadu, który zrobiłam wynika, że chyba tak. Rozwój jest jednak wpisany w każdą twórczość. Rzecz, która w danej chwili wydaje się dobra, może kiedyś wydać się żenująca. Zaczynając tu pisać musiałam najpierw trzy razy zemdleć (bynajmniej nie z zachwytu) i wyrzucić wszystko, co wcześniej na tym blogu wisiało. Z muzyką jest tak samo. Całkiem możliwe, że tekst „Skłamałam” leży już autorce na wątrobie, a tu trzeba grać dalej, bo to w końcu przebój. Niektóre utwory, wykonania starzeją się bardzo szybko, ale lubię ten proces, pomimo przykrych uczuć jakie ze sobą niesie. Czy jest wyraźniejszy przejaw rozwoju niż wstyd na myśl o tym, co dawniej się podobało? Mimo wszystko, zaglądając tu trzy lata później, byłoby miło stwierdzić: "MOGĘ lepiej, ale w gruncie rzeczy wcześniej nie było tak źle".

Aby to właściwie ocenić, potrzebny jest jednak dystans, bo nic tak nie stępia zmysłów jak przyzwyczajenie. Pisał o tym choćby Proust poszukując straconego czasu (akurat we fragmencie, do którego udało mi się dobrnąć). Słowa "Skłamałam" znałam od dawna, a uderzyły mnie dopiero dziś, po długim urlopie od tej piosenki. Radiowe torturowanie ludzi tymi samymi utworami ma swój głęboki sens - po porządnej dawce powtórek, nagle rodzi się przebój. Od przywiązania do miłości.

Z otoczeniem, w którym żyję sprawy mają się podobnie. W drodze powrotnej Johnny wystawiał mu oceny: „To paskudne. To bardzo paskudne. To tylko trochę”.

Na co dzień tego nie zauważam.

- Rany, ale u Ciebie jest obskurnie – powiedziała kiedyś Bystra, będąc na moim osiedlu. – Jak zresztą wszędzie, ale dostrzegam to dopiero, gdy jestem z dala od domu.

Błogosławione przyzwyczajenie – pozwala przetrwać.

 

Jutro gramy, więc po południu wskoczyłam na fotel fryzjerski – muzyka muzyką, ale wyglądać też jakoś trzeba. Może to mało rock’n’rollowe podejście, ale prawdopodobnie dość kobiece.

- Tylko trochę przyciąć? – spytała fryzjerka.

- Tak, zapuszczam.

- No, trochę się Pani zapuściła.

To była jedyna wymiana zdań jaką przeprowadziłyśmy, bo niestety nie jestem klientką z fryzjerskich marzeń. Jeśli akurat nie milczę i nie myślę o niebieskich migdałach, odzywam się półsłówkami i tylko zapytana. To jedna z niewielu sytuacji, gdy czyjaś bliskość (ktoś przecież macha nożycami przy moim uchu) nie wyzwala we mnie chęci do rozmowy. Nie wiem czy drugiej stronie robi to jakąś różnicę – z nas dwóch to raczej ja nie mam wtedy nic do roboty.

Praca fryzjerki wydaje się dość ciekawym zajęciem. Spokojnym, niezbyt odpowiedzialnym (nie licząc odpowiedzialności za komentarze pod adresem niektórych fryzur), a zarazem w miarę różnorodnym i kreatywnym. Coś w sam raz dla mnie – gdyby nie dwie lewe ręce i talent do psucia.

 

Młody nie zauważył zmiany w moim wyglądzie, ale to typowe dla wielu mężczyzn, a ten ma dopiero 7 lat. Zbiera karty z Gromitami, dość pokracznymi i agresywnymi stworami, ale każde pokolenie ma swoje kolekcje – moje miało np. karteczki do segregatora. Nie mam zamiaru rozważać wartości Pokemonów czy wpływu Ben Tena, ani tym bardziej stawiać za wzór rozrywek mojego dzieciństwa. Może za parę lat. To prawda, że mieliśmy Ulicę Sezamkową, ale mieliśmy też Polonię 1 i Tygrysią Maskę (dość krwawą anime o wrestlingu). Zaskakującym jest jednak, że ktoś, kto poci się nad „Tola ma loki a Lola ma kok”, potrafi z dokładnością co do słowa powiedzieć, co jest na każdej karcie z kolekcji. „Stalowy Dziób kontra Rozżarzony Fantom. Mroczny Obscurio, moc 18 – bije wszystko”. Tym razem to mnie trafił się Mroczny Obscurio. Co będzie jutro?

 

 


 

 


Tagi: edyta bartosiewicz, soliloquium, skłamałam
by soliloquium | 2010-04-28 23:09:59 | skomentuj! (2)

Doświadczenia

Zastanawiałam się nad końcówką poprzedniego wpisu – jak odebrałyby ją osoby, które znają moje miasto? Jak odróżnić żart od ignorancji? Dobry żart musi być tworem świadomego umysłu. Dwuznaczność, absurd wynikający z niewiedzy lub głupoty może być śmieszny, ale nie jest żartem. Już sama definicja słownikowa określa żart jako krótką formę humorystyczną służącą rozśmieszeniu. Służącą, więc celową. Przypomniało mi się jak kiedyś mój znajomy, celowo przekręcał w audycji nazwisko znanego muzyka. Do radia zadzwonił oburzony słuchacz - który najwyraźniej nie wyczuł żartu - zarzucając koledze nieuctwo. Może więc świadomość musi być obustronna - świadomość u autora i świadomość świadomości autora u odbiorcy. Zatem prostuję: oczywiście, że nazwa Marysińska pochodzi od Marysina (co nie wyklucza, że nazwa tego drugiego może z kolei pochodzić od pewnego żeńskiego imienia).

Obejrzałam zdjęcie satelitarne, by sprawdzić jaki obszar obejmuje osiedle Marysin i odkryłam, że jednym z jego punktów granicznych jest mój blok. Linia graniczna przebiega idealnie przez ulicę na której mieszkam. Zatrzymałam na chwilę wzrok nad tym miejscem – z tej perspektywy wygląda to bardzo porządnie. Prostokąty ulic, symetryczne budynki, schludne pasy zieleni – święci muszą być w dobrym nastroju patrząc na to wszystko. O ile nie mają szkła powiększającego. Być może niektóre miejsca nawet wydają im się dobre na piknik, na to by rozłożyć się na trawie w cieniu drzew. Rzecz jasna odradzam ten pomysł – zwłaszcza wczesną wiosną, niedługo po roztopach - ze względów, które i dla nich byłyby oczywiste, gdyby przypadkiem jakieś szkło posiadali.

Dziwnie jest patrzeć na swój dom z góry. Trochę tak, jakbym patrzyła na siebie patrzącą na siebie. Albo raczej na siebie patrzącą na siebie patrzącą na… Jak w wywodzie Johna von Neumanna: malarz maluje obraz, po czym cofa się o krok i dodaje do obrazu siebie (malującego obraz) by znów zrobić krok w tył i namalować siebie malującego siebie...Naoczne doświadczanie nieskończoności. Doświadczam jej w przedpokoju, który biegnie między zwróconymi ku sobie lustrami. Stając między nimi, można zobaczyć niekończący się korytarz własnych odbić. Proste, domowe sposoby – kto z nas tego nie próbował, kto się nad tym nie zastanawiał? Czy to sprawia, że więcej rozumiemy, że nasz skończony umysł wreszcie oddycha z ulgą? „No, tak! Oczywiście – wszechświat jest nieskończony i się rozszerza. Jasne! Bóg jest od zawsze i na zawsze. To przecież takie proste!” Banał.



 




by soliloquium | 2010-04-27 13:54:37 | skomentuj! (0)

stat4u